Wśród dziesięciu tysięcy myśli.

Dobry wieczór. Dzisiaj w mojej głowie tysiąc myśli na minutę. Nawiedziło mnie pytanie typu „ile tak właściwie mam lat?!”. SERIO. Odejmując 1993 rok od obecnego, dotarło do mnie, że coś ze mną jest nie tak. Tylko co? Zaburzenie czasoprzestrzeni? To na pewno. Zmęczenie materiału? Całkiem prawdopodobne. Starość?
Po głębszej analizie, drogi pamiętniku, dochodzę jednak do wniosku, że chodzi tylko o to, aby co roku obchodzić swoje urodziny. Wtedy przynajmniej człowiek pamięta ile świeczek zdmuchiwał ostatnim razem. A tak? Jedna impreza urodzinowa mniej i można się pogubić nie na żarty. Zapamiętaj. Za miesiąc dmucham w 24 świeczki, choćbym miała je sobie sama kupić i zapalić. A co!

Mój mężczyzna wymyślił nowe prawo – „im bardziej jestem z Tobą szczęśliwy, tym bardziej Ty jesteś szczęśliwa ze mną”. Nie pamiętam już jak je zdefiniował, ale jak zawsze trafił w sedno. Nie wyobrażaj sobie tylko, że powiedział to w trakcie romantycznej kolacji przy świecach. Z reguły najładniejsze słowa wychodzą z jego ust pomiędzy jednym a drugim meczem w Fifę. Jestem szczęściarą. A on jest szczęściarzem, bo ma kogoś, kto zawsze będzie mu dopingował w dostaniu się do pierwszej ligi. Zawsze.

Dobranoc!

Cześć, kocham Cię!

Wszystko jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Jeśli to sen, chciałabym się już nigdy nie obudzić. Chociaż przyznaję, budzenie się koło Niego jest na prawdę wspaniałe.

Więcej grzechów nie pamiętam. 

Wiosenna księżniczka wlewa do serca nowe nadzieje

Jednak wiosna czyni cuda. I to ogromne! Czuję, że wreszcie zrzuciłam z siebie wszystkie uciążliwe problemy, które nie pozwalały mi ruszyć naprzód. Wraz z pojawieniem się pierwszego słońca, w moim życiu się rozpogodziło. W każdym jego aspekcie. Dosłownie. Idę więc na przód z podniesioną głową, z wielkim zawzięciem i motywacją do działania. Mam przecież tyle rzeczy do zrobienia, tyle planów do zrealizowania. A samo przecież nic nie przyjdzie. Również moje nieszczęsne zakochanie jakby spadło na dalszy plan, może nawet wyparowało, bo przecież nie czuję już nic. I nie czucie niczego jest na prawdę wspaniałe. A przynamniej nie czucie niczego do Niego. Chyba odzyskałam upragnioną wolność. W dodatku gdzieś daleko na horyzoncie tli się już jakaś mała, obiecująca iskierka, która budzi mnie co ranek i przywraca wiarę w ludzi. Mam cichą nadzieję, że kiedyś ta iskierka będzie tylko moja. No dobra, może nie tylko moja. Przynajmniej w połowie moja! Ona ma na prawdę bardzo miły głos… Czy jutro o świcie też usłyszę w słuchawce to przyjemnie „pobudka”?

… jeszcze dziesięć minut, Wojtku.

Pułapka utkana z najdoskonalszych marzeń

Czołem Pamiętniku! Kolejny rok minął jak jeden dzień. Dzień, który przyniósł ze sobą odrobinę chaosu, niepowodzeń, rozczarowań, ale też wiele wspaniałych momentów, dla których na prawdę warto znosić wszystko to, co podcina skrzydła. Jestem dziś rok starsza, wzbogacona o nowe doświadczenia, nowe cele i marzenia. Mam również nadzieję, że chociaż odrobinę mądrzejsza. Ale jak tu być mądrym, kiedy serce ciągnie w przeciwną stronę i karze robić takie głupoty? Chciałabym, żeby chociaż ten jeden raz, dzisiaj, rozum pokonał serce w ciężkiej walce. Byłabym mu za to cholernie wdzięczna. Wdzięczna za uwolnienie mnie z tej miłosnej pułapki, która zaciska mi ręce na szyi, a ja nie chcę, żeby przestawała. Czy to już zawsze będzie tak wyglądać? Dziś nie chcę w tym tkwić, ale wiem, że jutro będzie inaczej. Jutro zapomnę o tym, jak bardzo mnie rani i znów dam się wkręcić w to pseudo-szczęście. I tylko po to, aby po krótkiej chwili znów spaść na ziemię. Już wiem, że będzie bolało dwa razy bardziej. Ale co z tego? Po coś mam ten duży tyłek.

Muszę wrócić do żywych. Najpierw jednak wrócę do Morfeusza, tylko on mnie rozumie. A Ty, drogi Pamiętniku życz mi po prostu sto lat. Dziś moje 22. urodziny. I wbrew pozorom jest całkiem znośnie.

Dobranoc.

Szczypta słodkiego zauroczenia

Moje życie ostatnio nabrało tempa. I to do tego stopnia, że nie potrafiłam znaleźć chwili na przelanie swoich myśli i pozostawienie ich w tym magicznym miejscu. Dzisiaj wracam ze zdwojoną siłą. Szczęśliwsza, pełna energii, piękniejsza. Jednym słowem – zakochana. Nie, to chyba jeszcze nie jest dobre słowo. Zauroczona, to będzie bardziej odpowiednie. Spadło na mnie w najmniej spodziewanym momencie, jak to zwykle bywa. Tym razem jednak towarzyszy mi przeczucie, że to nie jest takie zwykłe „coś”, że to może być właśnie TO. Ale nie wybiegajmy tak bardzo w przyszłość, aby przypadkiem się nie rozczarować. Żyję chwilą i marzę o tym, aby znów się do Niego przytulić. Tak ładnie pachnie! Nie może być jednak tak idealnie i na tę chwilę słabości muszę poczekać do piątku. Prędzej uschnę z tęsknoty.

Na uczelni oczywiście urwanie głowy. Jestem mega zła, bo muszę znaleźć temat na pracę licencjacką i napisać pierwszy rozdział. Brzmi w porządku? Niby tak, ale jeśli powiem, że jestem dopiero na drugim roku? To już inna historia.

Wiosna tonie we łzach

Wiosna, czas zakochanych, tak mówią. A ja tutaj żadnych zakochanych nie widzę. No dobra, zakochanych – może, ale zakochanych szczęśliwie? Zabawne. Siedzę w tych czterech ścianach i mój kac moralny wciąż rośnie. Nie tylko ze względu na fakt, że wczoraj spędziłam kolejny miły wieczór z panem C. i znowu nic z tego nie wynikło, bo przecież przyzwyczaiłam się do tego stanu rzeczy, czyż nie? Rośnie dlatego, że słyszę zza ściany szloch mojej współlokatorki i zdaję sobie sprawę, że faceci są beznadziejni. Ba, przecież ja to wiedziałam! Oni po prostu przypominają mi o tym na każdym kroku. Dlaczego musimy się aż tak różnić? Dlaczego to my, kobiety, musimy się bardziej angażować? I dlaczego muszę słuchać tego płaczu akurat dzisiaj, kiedy totalnie nie wiem w jakim kierunku zmierzam? Przeczuwam, że skończę jak koleżanka zza ściany. Chyba, że wcześniej odwiedzę dobrego psychologa.

Ciężki powrót do rzeczywistości

Jestem przygnębiona brakiem czasu dla siebie. Jeszcze bardziej dołuje mnie plan zajęć na ten semestr. Od poniedziałku do środy jestem na uczelni od południa do godziny 20! W efekcie zjadłam dzisiaj pierwszy obiad od niedzieli. Zdrowe odżywianie poszło więc w las, cudownie. Jeśli dalej tak to będzie wyglądać, nie chcę wiedzieć jak będę prezentować się pierwszego dnia lipca. Na pewno nie tak, jak sobie to wymarzyłam. A już było tak blisko!

Tak jak przypuszczałam, kontakt z panem C. urwał się zaraz po moim wyjściu z imprezy walentynkowej. Tradycyjnie więc czekam na najbliższą imprezę, na której mógłby się pojawić, bo jak na razie widuję Go tylko w snach. Swoją drogą, bardzo dziwne te sny… Chyba nie powinnam jeść na noc! Ale kiedy kończę zajęcia o dwudziestej staje się to niemożliwe. Błędne koło…

W chwilowym uniesieniu

Wciąż jeszcze fruwam gdzieś pomiędzy obłokami i wcale nie chcę wracać na ziemię. Chyba trzyma się mnie jeszcze kurczowo wczorajszy klimat. Co to była za noc! Mimo że miałam temperaturę, rozsadzało mi głowę i straciłam jakąkolwiek ochotę na wyjście gdziekolwiek, chyba wyszło na to, że bawiłam się najlepiej. Bo ludzie, bo atmosfera, bo muzyka, bo ON. Bój się Boże, znowu mnie wzięło! Wiem, że skończy się tak, jak za każdym razem, że nie będzie mój, że zobaczymy się standardowo za parę tygodni/miesięcy na kolejnej imprezie, że znowu będzie fajnie, a później nie będzie nic i że tak będzie się działo między nami dopóki ktoś tego nie przerwie. Ale po co cokolwiek przerywać? Podkręca mnie myśl, że ma do mnie słabość i jednocześnie wkurza fakt, że wciąż tkwimy w tej samej, zakręconej relacji. To trochę uciążliwe, przyznaje. Szczególnie dwie pierwsze doby po takiej imprezie, kiedy nie mogę odciągnąć myśli od Jego osoby. Zabijcie mnie! Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że to ten typ, który jeszcze w życiu się nie wybawił. Mój pech.

Wśród czerwonych serduszek

Ślę Walentynkowe dzień dobry! W przeciwieństwie do pewnie większości społeczeństwa lubię ten dzień. Na prawdę. Mimo, że jestem singielką, nie miewam zawrotów głowy na samą myśl o 14. lutego. Może dlatego, że wcale nie czuję się samotna. Okej, nie spędzę tego dnia na romantycznej kolacji, ani na równie romantycznym spacerze, ale nie tęsknię za tym. Będzie równie wyborowo w towarzystwie najbliższych mi przyjaciół. Plan na dzisiaj brzmi rewelacyjnie, a sam wieczór zapowiada się, jak to mówią, epicko.

To nieprawdopodobne, jak bardzo rozleniwiłam się przez te ferie. Muszę do niedzieli napisać 5 stron eseju, a zaczynam już od tygodnia i wciąż zacząć nie mogę. To będzie cud, jeśli sklecę chociaż stronę. Wydaje mi się, że tradycyjnie będę to pisać na ostatnią chwilę, w niedzielę, na kacu. Brzmi wyśmienicie.

Właśnie! Muszę wrzucić w wujka Google czy tyje się po tabletkach. Myślę, że będzie wiedział najlepiej.

Szczypta małych niespodzianek

Uwielbiam takie niespodziewane wiadomości! Otwierasz  rano oczy z myślą, że czeka Cię kolejny długi i niezbyt interesujący dzień, a tu nagle przychodzący sms sprawia, że uśmiech wchodzi na twarz i z przyjemnością opuszczasz ciepłe łóżko. Mogłabym odczytywać takie wiadomości codziennie, serio. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz zjadłam tak szybko śniadanie i byłam gotowa do wyjścia. Dzisiaj! Cudownie. Dawno nie widziany przyjaciel wrócił z zagranicy na stare śmieci. Co prawda nie na długo, ale i tak cieszę się, że stało się to akurat teraz, kiedy mam jeszcze tydzień wolnego i możemy nadrobić stracony czas.

Nawiasem mówiąc, cholernie nie podoba mi się to, że po maturze każdy poszedł w swoją stronę. Kiedyś to były czasy. A teraz? Coraz rzadziej widuję ludzi, z którymi spędzałam całe dnie i mam wrażenie, że z każdym kolejnym miesiącem znamy się coraz mniej. Pozostaje mi tylko modlić się o to, aby któregoś dnia nasze kontakty całkiem się nie urwały. Nie przeżyję tego.

Ale nie myślmy tak pesymistycznie! Dzień zaczął się magicznie i tak też należy go zakończyć. Więc co? Wspólne piwo, rozmowy o wszystkim i niczym… i oby „jutro” nie było wcale gorsze!